Taki stary referat znalazłem:
O KONDYCJI
NAM WSPÓŁCZESNYCH SŁÓW PARĘ
Nasz
współczesny świat zdaje się ponownie zapadać (jeśli już nie
zapadł) na znaną od dawien dawna chorobę,
obecnie określaną jako kryzys znaczenia. Jak relacjonuje doktor C.
George Boeree z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Shippensburg:
Ludzie obecnie w dużo większym stopniu niż
dotychczas spoglądają na swoje życie jako puste, pozbawione
znaczenia, pozbawione celu, nieukierunkowane, (…) i zdają się
reagować na to spojrzenie nietypowymi zachowaniami, które krzywdzą
ich samych, innych, społeczeństwo, lub wszystko to razem.
(„Victor Frankl”, Dr. C. Georgie Boeree)
Nadejście
tego rodzaju zachowań przewidywano już od dłuższego czasu, czego
doskonałym przykładem mogą być pisma Fryderyka Nietschego i wielu
innych, ale przecież ich przewidywania nie musiały być słuszne. A
jednak.
W
wydanej w 2000 roku książce znanego socjologa,
filozofa i eseisty Zygmunta Baumana o znaczącym tytule „Płynna
nowoczesność” już w przedmowie pojawia się opinia, iż,
metaforycznie sprawę ujmując, istotą obecnej fazy rozwoju kultury
jest płynność.
O
ile można powiedzieć (parafrazując samego Baumana), że
nowoczesność (pierwsza nowoczesność, nowoczesność par
excellence) postawiła sobie za cel uwolnienie rzeczywistości od
jarzma jej własnej historii, wykorzenienie jednostki z zepsutych
paradygmatów, skruszenie skostniałych instytucji i zastąpienie
tego wszystkiego nowym stabilnym gmachem, w którym ludzkość
osiągnie nieznane dotąd szczęście, to zdaje się, że tego
zamiaru nie spełniła. Wrzucanie do tego tygla odnowy kolejnych
podpór porządku społecznego i kulturowego doprowadziło nas,
owszem, do stanu wykorzenienia, ale nie dało nic w zamian; żadnych
korzeni, które wcześniej z takim entuzjazmem wyrywano.
Cytując
Baumana:
W efekcie mamy dziś do
czynienia ze zindywidualizowaną i sprywatyzowaną wersją
nowoczesności, w której obowiązek kreowania wzorców oraz
odpowiedzialność za porażkę spoczywają przede wszystkim na
barkach poszczególnych jednostek. Nadszedł czas roztapiania wzorców
zależności i wzajemnych relacji. Są one dzisiaj plastyczne w
stopniu nie znanym wcześniejszym pokoleniom i dla nich
niewyobrażalnym, ale - jak wszystkie płyny – nie zachowują zbyt
długo swego kształtu. Łatwiej nadać im kształt, niż go
utrzymać. Ciała stałe uzyskują swą formę raz na zawsze.
Zachowanie niezmiennego kształtu w przypadku płynów wymaga
wytężonej uwagi, ciągłej czujności i nieustannego wysiłku, choć
nawet wtedy rezultat nie jest jeszcze z góry przesądzony.
(”Płynna nowoczesność”
s. 14-15)
Zdaje
się oczywistym, że takie spojrzenie na sprawę i ciągła
świadomość odpowiedzialności za swoje działania oraz brak
wytchnienia w nieustannym rozważaniu tego, co słuszne, spowodowany
przerzuceniem choć części tego obowiązku z systemu (który jeśli
nie skruszony, to na pewno słabszy niż wcześniej) na jednostkę
mogą prowadzić do tej przedstawionej we wstępie diagnozy doktora
Boeree, do prorokowanego przez Nietzschego i jemu podobnych nihilizmu
a w najlepszym razie do problemów ze spaniem i wrzodów żołądka.
We
wstępie powiedziałem, że taki stan rzeczy nie jest niczym nowym.
Od wieków w różnych epokach ludzkość doznawała w mniejszej lub
w większej skali stanów lękowych spowodowanych niepojętym ogromem
wszechświata i wszystkich zawartych w nim zjawisk. Wszechświat, co
widać chyba tym wyraźniej, im więcej o nim wiemy, nie jest
idealnym miejscem dla człowieka. Natura, której i my jesteśmy
częścią, nie jest może nam wroga. Trudno oskarżyć ją o
posiadanie jakichkolwiek emocji, ale wszystko wskazuje na to, że nie
bardzo liczy się z naszym zdaniem. Człowiek nie wradza się w ten
świat z obietnicą szczęścia. Jest to świadomość, o ile się ją
zaakceptuje, niezbyt pocieszająca, ale wielu z nas, jeśli nie
wszyscy, ciągle próbuje na różne sposoby tego szczęścia
dostąpić. Doktor Boeree powiada:
Możemy próbować wypełnić
nasze życia przyjemnością, jedzeniem ponad miarę, prowadzeniem
rozwiązłego życia płciowego, prowadząc tzw. „high life”;
możemy też szukać władzy, szczególnie tej reprezentowanej przez
sukces finansowy; możemy też próbować wypełniać nasze życie
nieustanną krzątaniną, konformizmem, konwencjonalnością; możemy
też wypełniać próżnię gniewem i nienawiścią i przepędzać
dni próbując unicestwić to, co, jak nam się zdaje, nam szkodzi.
(ibid.)
Wracając
do współczesnej kondycji człowieka ciekawą definicję
postmodernizmu przedstawia Dawid M. Wulff w swojej Psychologii
religii. Pisze on tam:
Pluralizm i duchowość w
swych nowych formach są integralnie związane z szerszym kontekstem
kulturowym, który jest znany jako POSTMODERNIZM. Z braku jakiegoś
własnego pozytywnego zbioru założeń postmodernizm zawdzięcza swą
nazwę swemu miejscu następcy świata nowoczesnego. Ci, którzy żyją
w wieku nowoczesnym, podzielają przekonanie, że mimo oczywistej
różnorodności sprzecznych przekonań istnieje szansa stopniowego
poznania rzeczywistości, jeśli nie poprzez jakieś religijne
objawienie, to za pomocą ludzkiego rozumu lub metod naukowych. W
przeciwieństwie do tego postmodernizm przeczy samej możliwości
poznania rzeczywistości. Wszelkie przekonania, tak religijne, jak
naukowe, to SPOŁECZNE KONSTRUKCJE, językowe produkty negocjacji
między osobami żyjącymi w określonym czasie i miejscu. Nie ma
uprzywilejowanych punktów widzenia, nie ma uniwersalnie
akceptowanych metod, za pomocą których testuje się jedną
teoretyczną propozycję, a odrzuca drugą, nie ma stabilnych
kryteriów umożliwiających wybór różnych opcji. Postmodernizm
nie jest zatem z natury jakimś jednym punktem widzenia, lecz
przejawia się w tylu nieomal wersjach, o ilu mówią ludzie.
(„Psychologia religii”, Dawid M. Wulff, s.
26)
Pluralizm
i relatywizm prowadzą do rozcieńczenia dogmatów, do rozedrgania
systemów wartości, do właśnie takiego stanu upłynnienia, jaki
obserwuje Bauman.
MITOLOGIA
Jak
wiemy, nie było tak zawsze. Po lekturze dzieł religioznawcy Mircea
Eliade i Bronisława Malinowskiego nasuwa się wniosek, że opisywane
przez nich nie raz ludy pierwotne czuły się bardzo mocno
zakorzenione w otaczającej ich rzeczywistości. Te nieucywilozowane
kultury, żyjące każda w swoim mikrokosmosie wierzeń, rytuałów i
codziennych czynności (nierzadko bardzo odmiennych jedne od drugich
w zależności od plemienia czy grupy) w każdym z tych rytuałów i
niemal w każdej czynności widziały jakiś sens, to był świat
pełen znaczenia. Świat, gdzie człowiek, zjawiska i bogowie wszyscy
znali swoje miejsce i nikt nie narzekał. Często trudno oprzeć się
pokusie patrzenia na te kultury jako uniwersum pełne zabobonu,
oparte na magicznym myśleniu, że myśl może wpływać na
rzeczywistość, że byli i są to ludzie o ograniczonych
horyzontach, którzy wyjaśnienia wszystkiego, co niepojęte upatrują
w tym, co nadnaturalne. Jednego nie można im jednak odmówić –
dużo częściej niż my obecnie czuli i czują oni sens trwania w
określonym miejscu i czasie (chociaż ich perspektywy czasu, jeśli
takowe istnieją, mogą bardzo różnić się od naszych). Za to
poczucie bezpieczeństwa trzeba by, patrząc z naszej perspektywy,
słono zapłacić m.in. pozbawieniem się możliwości jednostkowej
emancypacji. Są to bowiem światy silnie zdogmatyzowane, pełne
świętości i idących za nimi sfer sacrum, profanum i obszarów
tabuistycznych.
Począwszy
od najwcześniejszych chronologicznie przejawów zainteresowań
metafizycznych człowieka,
czyli animizmu, przez totemizm aż do bóstw osobowych i monoteizmu
charakterystycznym składnikiem życia ludzkiego była sfera
świętości. Obszar zamieszkiwany przez różnego rodzaju siły
odpowiedzialne to za urodzaj, to za stworzenie świata wraz z
człowiekiem właśnie, siły względem niego obce i z czasem, zdawać
by się mogło, coraz potężniejsze. W świecie wypełnionym duchami
przodków, siłami i energiami, które w ten czy inny sposób czuwały
nad naszym istnieniem żyło się jakby pewniej. Myślę, że można
stwierdzić, iż było tak w dużej mierze dzięki mitom.
Przez
dłuższy czas w badaniu nad mitami
i wierzeniami pokutowała teza, iż mity pełnią rolę etiologiczną,
że służą wyjaśnianiu.
Malinowski
w swojej książce Mit,
Religia, Magia
przytacza wypowiedź innych badaczy (konkretnie pani C. S. Burne i
profesore Johna L. Myersa), którzy twierdzą:
Mity to opowiadania, które choć wydają się nam
dziwne I nieprawdopodobne, są jednak relacjonowane z całym
przekonaniem, ponieważ opowiadający ma zamiar wyjaśnić
– lub jest przekonany, że opowiadając wyjaśnia – za
pośrednictwem czegoś konkretnego i zrozumiałego jakąś
abstrakcyjną ideę lub tak niejasne i trudne pojęcia, jak
Stworzenie, Śmierć, odmienność ras ludzkich i gatunków zwierząt,
różne zawody wykonywane przez mężczyzn i kobiety; pochodzenie
rytuałów i obyczajów, przedmiotów naturalnych i reliktów
prehistorycznych; znaczenie imion ludzkich i nazw miejscowości.
Opowiadania tego rodzaju są niekiedy określane mianem
etiologicznych, ponieważ mają na celu wyjaśnienie, dlaczego coś
istnieje, albo dlaczego się wydarzyło.
(ibid.
s. 311-312)
Z
tym stwierdzeniem tak Malinowski jak i ja nie do końca się
zgadzamy, choć przyznać muszę, że sam przez jakiś czas byłem
zwolennikiem teorii, że mit jest swojego rodzaju pra-nauką, czymś,
co dla tych kultur zastępowało proces wyjaśniania oparty na
empirycznym i eksperymentalnym falsyfikowaniu hipotez. Malinowski
jest zdania, iż mitu nie można analizować bez jego pragmatycznego,
kulturowego kontekstu i twierdzi, że:
(…) główna kulturowa
funkcja
mitologii polega na ustanowieniu precedensu, na dowiedzeniu prawdy
magii, na powiązaniu sił moralności i prawa, na rzeczywistej
wartości religijnego rytuału. (…) Pochodzący z autentycznej
przeszłości mit jest precedensem zawierającym obietnicę lepszej
przyszłości pod warunkiem, że obecne złe moce zostaną pokonane.
Zwykle wskazuje on także, w jaki sposób można przezwyciężyć
teraźniejszość za pomocą rytuału, religii i przekazywanych z
przeszłości zasad moralnych.
(ibid.
s. 144)
Mircea
Eliade w Aspektach
Mitu
próbuje definiować mit i stwierdza, że jest on historią opisującą
historię świętą, początek świata, wydarzenie, które miało
miejsce w okresie wyjściowym, legendarnym czasie początków. Innymi
słowy charakteryzuje on mit jako opowieść o sposobie, w jaki, za
sprawą dokonań Istot Nadnaturalnych, zaistniała nasza
rzeczywistość. Kładzie on też nacisk na postrzeganie narracji
mitu jako tego, co wydarzyło się faktycznie. Pisze dalej:
Mit, relacjonując gesta
Istot Nadnaturalnych oraz inne przejawy ich świętej potęgi, staje
się modelem pouczającym o wszelkich znaczących czynnościach
ludzkich.
(„Aspekty
mitu”, Mirce Eliade, s.12)
Kluczowym
dla mojej tezy jest zrozumienie tego, czym mit zdawał się być w
przeszłości dla naszych przodków i czym nadal pozostaje dla tych
wielu odizolowanych od naszego postmodernistycznego świata kultur.
Nie był on tylko opowieścią o przodkach czy o Bogach. Był on
podstawą wiary w to, że kontakt z tymi Bogami i przodkami nigdy nie
ustał. Każdy rytuał często wzorowany na działaniach mitycznych
postaci nie był li tylko odtworzeniem tych działań. Wiele z nich
de facto sprowadzało czas mityczny
w teraźniejszość, tym samym jeszcze bardziej wiążąc
uczestniczących w nim ze sferą sacrum, której my tak lekkomyślnie
wyzbyliśmy się w epoce nowoczesności. Użyłem takiego
wartościującego określenia nie, dlatego że mam za złe
poprzedniej epoce, iż odebrała mi złudzenia, lecz raczej, dlatego
że chyba nikt wtedy nie spodziewał się, że na miejsce burzonych
paradygmatów i upadających wielkich narracji trudno być może coś
wstawić.
Mircea
opisuje znaczenie aksjologiczne mitu twierdząc, że w archaicznych
stadiach kultury wartości absolutne i paradygmaty wszelkiej ludzkiej
działalności przekazywane są właśnie w mitycznych opowieściach,
(…) których rola
polega przede wszystkim na rozbudzaniu i podtrzymywaniu świadomości
istnienia innego świata, jakiegoś ponad, świata boskiego (…)
(ibid.
s. 139)
Argumentuje
on dalej, że właśnie w tym doświadczeniu sacrum,
w spotkaniu z rzeczywistością bogów rodzi się przekonanie o
realnym istnieniu wartości absolutnych prowadzących człowieka i
nadających jego egzystencji znaczenie. Stąd teza, z którą i ja
się zgadzam, iż te właśnie doświadczenia są przyczyną
pojawienia się idei rzeczywistości, prawdy i sensu rozwijanych
później przez filozofię.
I
tak mity i opisane w nich rytuały przez ciągłe odtwarzanie
kontaktu z tymi źródłami poczucia rzeczywistości, prawdy i sensu
służyły nam przez długi czas.
UPADEK
MITU
Demitologizacja
mitu nie jest zjawiskiem nowym. Jak powiada Eliade:
Jeśli we wszystkich
językach europejskich słowo „mit” oznacza „fikcję”, to
tylko dlatego, że już dwadzieścia wieków temu zadecydowali o tym
Grecy.
Ksenofanes
otwarcie atakował grecką mitologię. Krytykując głównie
antropomorfizm próbował oczyścić ją z poetyckich naleciałości.
Eurypides oparł swoją koncepcję Boga właśnie na jego krytyce. W
czasach Tukidydesa mityczność już równoznaczna była z wymysłem.
Grecki panteon tracąc swoje dawne znaczenie został wyzuty z
praktycznie całej boskości i jako taki znamy go obecnie. Przerodził
się on jednak w „skarbnicę kultury”, z której pełnymi
garściami czerpała rozwijająca się bujnie w renesansie i później
cywilizacja europejska.
Chrześcijaństwo
trafiło już na okres, kiedy słowo mitologiczny kojarzyło się
jednoznacznie z baśnią czy fikcją. Po burzliwych walkach z innymi
odłamami udało mu się ostatecznie wypracować choćby w miarę
spójny obraz historyczności ewangelii i postaci Jezusa. Wystarczy
jednak tylko spojrzeć na kalendarz świąt, żeby zobaczyć jak
silnie u jego początków oddziaływała z ówczesnymi mitami.
Średniowiecze przyniosło wzrost myślenia mitycznego z jego klasami
rycerstwa, rzemieślników, duchowieństwa i chłopstwa – każdą
posiadającą i tworzącą osobne mity pochodzenia. Wykonywane przez
przedstawicieli tych grup obowiązki z czasem uległy pewnej
rytualizacji, co wpisuje się snadnie w używaną przez nas definicję
mitu.
Nie
tak dawno jeszcze Fichte, Hegel i Schelling wieszczyli nadejście
nowej epoki odnowy i końca historii. Obecnie wystarczy włączyć
telewizor, czy posłuchać radia, żeby rozpoznać stale
funkcjonujące mity.
Widzimy
zatem, że chociaż mit przetrwał alegoryzację i euhemeryzm,
przetrwał chrześcijańską
faktograficzność, renesans i oświeceniowe idee to jednak nigdy już
nie powrócił do swojej archaicznej formy rezerwuaru sensu, poczucia
rzeczywistości i prawdy.
Można
twierdzić, że ludzkość od początku historii filozofii w
odnoszeniu się do otaczającego ją świata oscylowała między
skrajnym scjentyzmem w swoich różnych postaciach racjonalności a
skrajnym mistycyzmem. Na przestrzeni wieków spotykamy licznych
wielbicieli metafizyki oraz niemało empirystów. Co takiego zmieniło
się w świecie, że mówię tutaj o śmierci mitu i w niej upatruję
początek kryzysu znaczenia? Otóż wydaje mi się, że dawniej,
kiedy nasza wiedza o świecie, o ludzkiej psychice, wiedza naukowa,
empiryczna, sprawdzalna nijak się miała do naszej obecnej wiedzy,
dużo łatwiej było być i empirystą i mistykiem jednocześnie.
Uważam, że trwanie tak w metafizycznym jak i fizycznym oglądzie
świata dawało się pogodzić i nie powodowało wewnętrznego
rozdarcia jednostki. W wielkim i mało poznanym świecie bycie
święcie wierzącym w magię i mity racjonalistą nie było
irracjonalne, nie było nielogiczne ani niespójne. Przykładów z
przeszłości możemy mnożyć do woli. Wiele ze wspaniałych odkryć
nauki dokonały właśnie umysły religijne bądź mistyczne,
pałające się magią czy alchemią. To, że współczesna myśl w
dużej mierze uznałaby takie zachowania za zabobon niegodny wielkich
umysłów jak choćby ten sir Isaaca Newtona, zdaje się być
spuścizną XIX i XX wieku, kiedy to nauka i jej burzliwy rozwój w
epoce wczesnego industrializmu zdecydowanie poprawiły poziom życia
wielu ludzi. (Niemałą rolę odegrała tu też XVIII-wieczna
kantowska krytyka poznania). Wraz ze wzrostem poziomu życia i
rosnącą migracją ku miastom człowiek mógł poczuć się dużo
mniej zależny od kaprysów natury. Siedząc w swoim chronionym
piorunochronami domu, korzystając z kanalizacji i przystępnej
opieki medycznej, czytając w gazetach o kolejnych sukcesach
lokomotyw, kinie i pierwszych lotach mógł poczuć się dużo
pewniej. Nauka z w wieku pary i elektryczności z Darwinem,
Pasteurem, Roentgenem, Becquerelem, panach Dieselu, Fordzie i
braciach Wright (by wymienić tylko niektórych) naprawdę musiała
robić kolosalne wrażenie na nowo przybyłych i nie dziwota, że tak
wielu uznało ją właśnie za nową zbawczynię ludzkości. Wielu
uważało, że postęp nauki nie zostanie powstrzymany dopóty,
dopóki ta nie doprowadzi ludzkości do doskonałej pełni wiedzy,
zdrowia, a co za tym idzie, doskonałego szczęścia. Niestety.
Ostatecznie jednak i ona uległa demitologizacji.
Pierwszy
przełom dokonał się w obrębie samego paradygmatu naukowego. Wraz
z odkryciami Einsteina z jego teorią względności a później z
Planckiem, Bohrem i Heisenbergiem z ich fizyką kwantową, pojawiło
się przekonanie, że jeśli wszechświat w ogóle opisać można
prawdziwie zrozumiałym dla nas językiem, to na pewno perspektywa
odczytania jego tajemnic nie jest perspektywą bliską. Horyzont na
którym majaczył Złoty Wiek ludzkości odsunął się znacząco a
wielu zaczęło nawet wątpić w możliwość jego osiągnięcia.
Einstein
miał powiedzieć:
Wszystkie moje próby
dostosowania teoretycznych podstaw fizyki do tej dziedziny wiedzy
całkowicie zawiodły. To tak jakby grunt usunął się człowiekowi
spod nóg i nigdzie nie było widać żadnej trwałej podstawy, na
której można by budować.
Newtonowski
czas stał się względny, odkryto, że przestrzeń może się
zginać, materia z energią były wymienne, trójwymiarowa przestrzeń
przekształciła się w czterowymiarowe kontinuum, prawa geometrii
euklidesowej przestały być uniwersalne. Podobnie zmieniło się
pojęcie substancji, upadł twardy determinizm. Doskonale wpisywało
się to w credo modernizmu nawołujące do kruszenia dawnych,
błędnych lub ciasnych horyzontów myślowych i chociaż byli
tacy, którzy w tym okresie wielu przemian upatrywali okazję ku
restytucji wagi roli podmiotu ludzkiego w świecie, nie było ich
wielu. Stary paradygmat nauki z jego wiarą w możność ujęcia
świata w jeden spójny, deterministyczny system zdawał się zapadać
w sobie. Paradoksy, sprzeczności i rozbieżności w różnych
opisach naszego kosmosu zaczęły kwitnąć jak grzyby po deszczu.
Laureat Nagrody Nobla P. W. Bridgeman powiedział:
W końcu może się okazać, że struktura
przyrody, jest taka, iż nasze procesy myślowe nie odpowiadają jej
na tyle, byśmy w ogóle mogli o niej myśleć…Świat zaciera się
i nas zwodzi…Napotykamy coś naprawdę niewyrażalnego. Dotarliśmy
do granic wizji wielkich pionierów nauki, mianowicie wizji, że oto
żyjemy w przyjaznym świecie zrozumiałym dla naszych umysłów.
Światem
nauki wstrząsnęły kolejne dreszcze, kiedy Henri Poincare w roku
1902 opublikował pracę La Science et l’hypothese, w której
podważył podstawowy element metody naukowej – związek między
dowodem a hipotezą. Dał też podwaliny pod teorię chaosu. W roku
1931 młody Godel rozsadził Whiteheadowsko-Russelowskie Principia
Mathematica. Podobnie, wiele zamętu w szeregach naukowców
wprowadził Thomas Kuhn opisujący kolejne teorie naukowe jako
„przesunięcia paradygmatu”, czyli ni mniej ni więcej, jak
zmiany sposobu postrzegania świata. Swoje trzy grosze dorzucili
również strukturaliści, poststrukturaliści, dekonstruktywizm i
wiele innych nurtów myśli. Wszystko to musiało robić wrażenie na
naukowych umysłach.
Drugi
przełom w upadku mitu nauki przyszedł z zewnątrz. O ile w sferze
teoretycznej prawdy naukowe straciły trochę ze swej dawnej
świetności, o tyle nadal niekwestionowanym pozostał zysk, jaki z
jej odkryć czerpano. Jednak w wieku XX coraz głośniej poczęto ten
naukowo-techniczny rozwój cywilizacji krytykować. Technicyzacja
życia ludzkiego doprowadziła do jego dehumanizacji – mówiąc w
skrócie. Życie w wielkich metropoliach, zalew informacji i bodźców,
którymi codziennie bombardowany był statystyczny mieszczanin,
szybkość przemian – to wszystko prowadziło do poczucia
wyobcowania, bojaźni i drżenia. Wydaje się również, że mnogość
różnego rodzaju kultur sprzęgniętych wzajem w jeden miejski twór,
mogła prowadzić człowieka w najgorszym przypadku do zwątpienia
rozsadzającego jego pierwotne systemy wierzeń i wartości lub do
zastanowienia w najlepszym. Nie dało się nie zauważyć negatywnych
społecznych efektów epoki industrialnej i rosnącego w siłę
krwiożerczego kapitalizmu. Nie sposób też było pozostać ślepym
na szkody, jakie rozwój cywilizacyjny wyrządzał przyrodzie. Okres
wielkich wojen, wynalezienie bomby atomowej – broni zdolnej
zniszczyć nie poszczególne jednostki a całe miasta, zimna wojna –
to wszystko, myślę, że spokojnie można to przyznać, na pewno nie
wpływało pozytywnie na ludzkiego ducha.
Oczywiście
nie każdy człowiek interesował się takimi sprawami, ale efekty
tych wszystkich zdarzeń przebijały się do wyobraźni masowej przez
sztukę i inne
formy ludzkiej aktywności i tak człowiek gubił się coraz
bardziej.
W
RAMACH PODSUMOWANIA
Uciekając
się do baumanowskiej metafory, pozbawiony
dogmatycznego fundamentu człowiek ponowoczesny płynie wśród
różnych sposobów patrzenia na świat. Czy można jednak
powiedzieć, że dryfuje? Otóż, wracając do diagnozy z początku
referatu, widać, że część z nas na pewno tak odczuwa swoje
obecne położenie. Jak można z tym walczyć i czy w ogóle można?
Odnoszę wrażenie, że raz utraconej cnoty odzyskać nie można. Dla
tych z nas, którzy posiedli wiedzę o wszystkich wspomnianych tu
odkryciach, tych, którzy refleksji nad światem oddają dużą część
swojej uwagi, odzyskanie pierwotnej wiary, odzyskanie tej
dogmatycznej podstawy, dającej tak zacne i pożądane obecne
poczucie sensu, może być bardzo trudne. Prawdopodobnie zawsze
istnieć będą jednostki, które niezależnie od tego co podpowie
nam nauka, i tak tkwić będą w swoich przekonaniach (za przykład
niech posłużą choćby niektórzy z co bardziej twardogłowych
kreacjonistów), jednak zdaje się, że presja powszechnej edukacji
(opartej jeszcze na empiryzmie a nie mistycznych metodach dojścia do
prawdy) wpłynie na poszerzenie się kręgu „wtajemniczonych” a
tym samym, być może, na rozplenienie się choroby zwanej kryzysem
znaczenia. Być może, jest to tylko faza przejściowa, kolejne
przejście do kolejnego paradygmatu patrzenia na otaczającą nas
rzeczywistość. Niemiecki filozof i historyk sztuki, jeden z
czołowych teoretyków postmodernizmu, Wolfgang Welsch, proponuje
redefinicję rozumności. Gdyby możliwym było osiągnięcie takiego
stabilnego pluralizmu w racjonalności, być może kryzys znaczenia
nie byłby nam straszny. Chociaż zgubiliśmy nasze dawne bezpieczne
mniemania i chociaż może nie uda nam się wrócić do dawnej
naiwności a odnalezienie nowej pewności nie zdaje się łatwe,
istnieje szansa na to, by w tym nowym, płynnym świecie mnogości
poczuć się lepiej.
Welsch
zauważa, że:
ponowoczesna rzeczywistość wymaga bowiem
zawsze umiejętności przechodzenia pomiędzy różnymi systemami
sensu i konstelacjami racjonalności
Dalej
twierdzi, że jest to nieomal cnota naszej epoki, którą, każdy
żyjący w naszych czasach, dla własnego dobra powinien w sobie
kształtować. Wykorzystując użyte przez Lyotarda określenie
„sveltezza” (chyżość, zręczność) odniesione przezeń do tej
procesualnej formy posmodernistycznego życia, charakteryzuje on
transwersalność jako inteligentną, niedogmatyczną, lekkonogą,
ale nie lekkomyślną, precyzyjną, a nie tylko dokładną metodę
przechodzenia z jednego systemu reguł do innego.
Welsch
zauważa, że obecnie:
Przejściowość stała się ideałem,
świadomość granic wymogiem minimalnym, a wszelka absolutyzacja
przeciwwskazaniem.
Ostatecznie
postuluje on, że to postawienie na procesualność, rozum w procesie
jest raczej aktem akceptacji niż czymkolwiek innym, ale wychodząc
poza czcze przyjmowanie i tolerowanie rozmaitości, można docenić
jej wartość i wspierać ją.
Sam
przyznaje w swoim artykule Racjonalność
i Rozum dzisiaj,
że od takiego stanu można uciec w pewność i
wiarygodność, ale traktuje to właśnie jako formę powrotu do
pierwotnych fantazmatów, do których, moim zdaniem, niektórzy,
nawet gdyby chcieli, wrócić nie mogą. Teorię tę przedstawiam
tylko w zarysie, gdyż jest odrobinę bardziej złożona.
Odpowiedź
na pytanie, które sam sobie stawiam; pytanie czy rzeczywiście nie
można powrócić do jasnego, zrozumiałego świata symboli i mitów
nie myśląc już o roli podmiotu w konstytuowaniu wiedzy o nim, nie
rozważając tajników ludzkiej świadomości, procesów poznawczych
i struktury samego świata jest sprawą skomplikowaną i wymaga
dalszych badań. Jest nader jasne, że tak wokół nas jak i w nas
samych dostrzec można jeszcze ślady złotego wieku znienawidzonych
przez filozofię mniemań. Każdy z nas, chcąc, nie chcąc żywi
jakieś przekonania, które gdyby poddać empirycznej weryfikacji
szybko upadłyby i stałoby się to na pewno nie bez uszczerbku dla
naszego poczucia szczęśliwości. Mity, wiara i mniemanie
towarzyszą, towarzyszyły i wszystko wskazuje na to, że będą
towarzyszyły człowiekowi, bo, zdaje się, człowiek po prostu musi
w coś wierzyć i musi posiadać coś, co nadaje sens jego
egzystencji. Choćby i wiarę w to, że warto w coś wierzyć, która
to wiarę i ja podzielam.
Ach jak patetycznie i z jakim zadęciem o tym pisałem! I w ogóle wcale mi nie przeszło!
Teraz jednak widzę to następująco:
Teraz jednak widzę to następująco:
Każdy ma tam w głowie jakąś opowieść o sobie i świecie. Różnice osobnicze w treściach tych opowieści szczególnie wyraźnie uwypuklają się w przypadku wymiany zdań na tematy dotyczące systemów wartości, mniej zaś widoczne są w przypadku opinii dotyczących prostych zjawisk fizycznych zachodzących w świecie. Kiedy ktoś w strugach deszczu stojąc mówi, że nie pada, można go zdzielić w papę i wyzwać od głupców. Jeśli ktoś w blasku chwały bożej jest skąpany a tego nie dostrzega, w papę zdzielić nie wypada, chociaż chęć może być silna.
Dla osoby wierzącej (niekoniecznie w boga przecież) oba przypadki nie różnią się chyba za bardzo. Stary problem dychotomii fakt/wartość jest dużo poważniejszy, niż by można sądzić.
Przecież niezależnie od tego, czy ktoś uporczywie nam wmawia, że ma w kieszeni ludożerną żyrafę, co zweryfikować dość łatwo, czy twierdzi, że aborcja nie jest morderstwem, co zweryfikować wbrew pozorom trudniej, krew gotuje się równie silnie. W obu przypadkach łatwo dać w gębę i obsypać inwektywami, jednak, gdyby tak choć na chwilę wsłuchać się w słowa tych, co nas mają za idiotów, wczuć się i spojrzeć na siebie z zewnątrz, to wyszłoby, że i nasze kieszenie pełne są fantastycznych stworzeń, lub że świninę jeść można ze smakiem. Jeśli na sercu leży nam dobro ludzi wokół bójcie się wiary a odważni niech chociaż podchodzą do niej krytycznie.
Przecież niezależnie od tego, czy ktoś uporczywie nam wmawia, że ma w kieszeni ludożerną żyrafę, co zweryfikować dość łatwo, czy twierdzi, że aborcja nie jest morderstwem, co zweryfikować wbrew pozorom trudniej, krew gotuje się równie silnie. W obu przypadkach łatwo dać w gębę i obsypać inwektywami, jednak, gdyby tak choć na chwilę wsłuchać się w słowa tych, co nas mają za idiotów, wczuć się i spojrzeć na siebie z zewnątrz, to wyszłoby, że i nasze kieszenie pełne są fantastycznych stworzeń, lub że świninę jeść można ze smakiem. Jeśli na sercu leży nam dobro ludzi wokół bójcie się wiary a odważni niech chociaż podchodzą do niej krytycznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz