sobota, 23 lutego 2013

reminiscence


Taki stary referat znalazłem:

O KONDYCJI NAM WSPÓŁCZESNYCH SŁÓW PARĘ

Nasz współczesny świat zdaje się ponownie zapadać (jeśli już nie zapadł) na znaną od dawien dawna chorobę, obecnie określaną jako kryzys znaczenia. Jak relacjonuje doktor C. George Boeree z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Shippensburg:

Ludzie obecnie w dużo większym stopniu niż dotychczas spoglądają na swoje życie jako puste, pozbawione znaczenia, pozbawione celu, nieukierunkowane, (…) i zdają się reagować na to spojrzenie nietypowymi zachowaniami, które krzywdzą ich samych, innych, społeczeństwo, lub wszystko to razem.

(„Victor Frankl”, Dr. C. Georgie Boeree)

Nadejście tego rodzaju zachowań przewidywano już od dłuższego czasu, czego doskonałym przykładem mogą być pisma Fryderyka Nietschego i wielu innych, ale przecież ich przewidywania nie musiały być słuszne. A jednak.

W wydanej w 2000 roku książce znanego socjologa, filozofa i eseisty Zygmunta Baumana o znaczącym tytule „Płynna nowoczesność” już w przedmowie pojawia się opinia, iż, metaforycznie sprawę ujmując, istotą obecnej fazy rozwoju kultury jest płynność.
O ile można powiedzieć (parafrazując samego Baumana), że nowoczesność (pierwsza nowoczesność, nowoczesność par excellence) postawiła sobie za cel uwolnienie rzeczywistości od jarzma jej własnej historii, wykorzenienie jednostki z zepsutych paradygmatów, skruszenie skostniałych instytucji i zastąpienie tego wszystkiego nowym stabilnym gmachem, w którym ludzkość osiągnie nieznane dotąd szczęście, to zdaje się, że tego zamiaru nie spełniła. Wrzucanie do tego tygla odnowy kolejnych podpór porządku społecznego i kulturowego doprowadziło nas, owszem, do stanu wykorzenienia, ale nie dało nic w zamian; żadnych korzeni, które wcześniej z takim entuzjazmem wyrywano.
Cytując Baumana:

W efekcie mamy dziś do czynienia ze zindywidualizowaną i sprywatyzowaną wersją nowoczesności, w której obowiązek kreowania wzorców oraz odpowiedzialność za porażkę spoczywają przede wszystkim na barkach poszczególnych jednostek. Nadszedł czas roztapiania wzorców zależności i wzajemnych relacji. Są one dzisiaj plastyczne w stopniu nie znanym wcześniejszym pokoleniom i dla nich niewyobrażalnym, ale - jak wszystkie płyny – nie zachowują zbyt długo swego kształtu. Łatwiej nadać im kształt, niż go utrzymać. Ciała stałe uzyskują swą formę raz na zawsze. Zachowanie niezmiennego kształtu w przypadku płynów wymaga wytężonej uwagi, ciągłej czujności i nieustannego wysiłku, choć nawet wtedy rezultat nie jest jeszcze z góry przesądzony.
(”Płynna nowoczesność” s. 14-15)

Zdaje się oczywistym, że takie spojrzenie na sprawę i ciągła świadomość odpowiedzialności za swoje działania oraz brak wytchnienia w nieustannym rozważaniu tego, co słuszne, spowodowany przerzuceniem choć części tego obowiązku z systemu (który jeśli nie skruszony, to na pewno słabszy niż wcześniej) na jednostkę mogą prowadzić do tej przedstawionej we wstępie diagnozy doktora Boeree, do prorokowanego przez Nietzschego i jemu podobnych nihilizmu a w najlepszym razie do problemów ze spaniem i wrzodów żołądka.

We wstępie powiedziałem, że taki stan rzeczy nie jest niczym nowym. Od wieków w różnych epokach ludzkość doznawała w mniejszej lub w większej skali stanów lękowych spowodowanych niepojętym ogromem wszechświata i wszystkich zawartych w nim zjawisk. Wszechświat, co widać chyba tym wyraźniej, im więcej o nim wiemy, nie jest idealnym miejscem dla człowieka. Natura, której i my jesteśmy częścią, nie jest może nam wroga. Trudno oskarżyć ją o posiadanie jakichkolwiek emocji, ale wszystko wskazuje na to, że nie bardzo liczy się z naszym zdaniem. Człowiek nie wradza się w ten świat z obietnicą szczęścia. Jest to świadomość, o ile się ją zaakceptuje, niezbyt pocieszająca, ale wielu z nas, jeśli nie wszyscy, ciągle próbuje na różne sposoby tego szczęścia dostąpić. Doktor Boeree powiada:

Możemy próbować wypełnić nasze życia przyjemnością, jedzeniem ponad miarę, prowadzeniem rozwiązłego życia płciowego, prowadząc tzw. „high life”; możemy też szukać władzy, szczególnie tej reprezentowanej przez sukces finansowy; możemy też próbować wypełniać nasze życie nieustanną krzątaniną, konformizmem, konwencjonalnością; możemy też wypełniać próżnię gniewem i nienawiścią i przepędzać dni próbując unicestwić to, co, jak nam się zdaje, nam szkodzi.

(ibid.)

Wracając do współczesnej kondycji człowieka ciekawą definicję postmodernizmu przedstawia Dawid M. Wulff w swojej Psychologii religii. Pisze on tam:

Pluralizm i duchowość w swych nowych formach są integralnie związane z szerszym kontekstem kulturowym, który jest znany jako POSTMODERNIZM. Z braku jakiegoś własnego pozytywnego zbioru założeń postmodernizm zawdzięcza swą nazwę swemu miejscu następcy świata nowoczesnego. Ci, którzy żyją w wieku nowoczesnym, podzielają przekonanie, że mimo oczywistej różnorodności sprzecznych przekonań istnieje szansa stopniowego poznania rzeczywistości, jeśli nie poprzez jakieś religijne objawienie, to za pomocą ludzkiego rozumu lub metod naukowych. W przeciwieństwie do tego postmodernizm przeczy samej możliwości poznania rzeczywistości. Wszelkie przekonania, tak religijne, jak naukowe, to SPOŁECZNE KONSTRUKCJE, językowe produkty negocjacji między osobami żyjącymi w określonym czasie i miejscu. Nie ma uprzywilejowanych punktów widzenia, nie ma uniwersalnie akceptowanych metod, za pomocą których testuje się jedną teoretyczną propozycję, a odrzuca drugą, nie ma stabilnych kryteriów umożliwiających wybór różnych opcji. Postmodernizm nie jest zatem z natury jakimś jednym punktem widzenia, lecz przejawia się w tylu nieomal wersjach, o ilu mówią ludzie.
(„Psychologia religii”, Dawid M. Wulff, s. 26)

Pluralizm i relatywizm prowadzą do rozcieńczenia dogmatów, do rozedrgania systemów wartości, do właśnie takiego stanu upłynnienia, jaki obserwuje Bauman.

MITOLOGIA

Jak wiemy, nie było tak zawsze. Po lekturze dzieł religioznawcy Mircea Eliade i Bronisława Malinowskiego nasuwa się wniosek, że opisywane przez nich nie raz ludy pierwotne czuły się bardzo mocno zakorzenione w otaczającej ich rzeczywistości. Te nieucywilozowane kultury, żyjące każda w swoim mikrokosmosie wierzeń, rytuałów i codziennych czynności (nierzadko bardzo odmiennych jedne od drugich w zależności od plemienia czy grupy) w każdym z tych rytuałów i niemal w każdej czynności widziały jakiś sens, to był świat pełen znaczenia. Świat, gdzie człowiek, zjawiska i bogowie wszyscy znali swoje miejsce i nikt nie narzekał. Często trudno oprzeć się pokusie patrzenia na te kultury jako uniwersum pełne zabobonu, oparte na magicznym myśleniu, że myśl może wpływać na rzeczywistość, że byli i są to ludzie o ograniczonych horyzontach, którzy wyjaśnienia wszystkiego, co niepojęte upatrują w tym, co nadnaturalne. Jednego nie można im jednak odmówić – dużo częściej niż my obecnie czuli i czują oni sens trwania w określonym miejscu i czasie (chociaż ich perspektywy czasu, jeśli takowe istnieją, mogą bardzo różnić się od naszych). Za to poczucie bezpieczeństwa trzeba by, patrząc z naszej perspektywy, słono zapłacić m.in. pozbawieniem się możliwości jednostkowej emancypacji. Są to bowiem światy silnie zdogmatyzowane, pełne świętości i idących za nimi sfer sacrum, profanum i obszarów tabuistycznych.
Począwszy od najwcześniejszych chronologicznie przejawów zainteresowań metafizycznych człowieka, czyli animizmu, przez totemizm aż do bóstw osobowych i monoteizmu charakterystycznym składnikiem życia ludzkiego była sfera świętości. Obszar zamieszkiwany przez różnego rodzaju siły odpowiedzialne to za urodzaj, to za stworzenie świata wraz z człowiekiem właśnie, siły względem niego obce i z czasem, zdawać by się mogło, coraz potężniejsze. W świecie wypełnionym duchami przodków, siłami i energiami, które w ten czy inny sposób czuwały nad naszym istnieniem żyło się jakby pewniej. Myślę, że można stwierdzić, iż było tak w dużej mierze dzięki mitom.
Przez dłuższy czas w badaniu nad mitami i wierzeniami pokutowała teza, iż mity pełnią rolę etiologiczną, że służą wyjaśnianiu.
Malinowski w swojej książce Mit, Religia, Magia przytacza wypowiedź innych badaczy (konkretnie pani C. S. Burne i profesore Johna L. Myersa), którzy twierdzą:

Mity to opowiadania, które choć wydają się nam dziwne I nieprawdopodobne, są jednak relacjonowane z całym przekonaniem, ponieważ opowiadający ma zamiar wyjaśnić – lub jest przekonany, że opowiadając wyjaśnia – za pośrednictwem czegoś konkretnego i zrozumiałego jakąś abstrakcyjną ideę lub tak niejasne i trudne pojęcia, jak Stworzenie, Śmierć, odmienność ras ludzkich i gatunków zwierząt, różne zawody wykonywane przez mężczyzn i kobiety; pochodzenie rytuałów i obyczajów, przedmiotów naturalnych i reliktów prehistorycznych; znaczenie imion ludzkich i nazw miejscowości. Opowiadania tego rodzaju są niekiedy określane mianem etiologicznych, ponieważ mają na celu wyjaśnienie, dlaczego coś istnieje, albo dlaczego się wydarzyło.
(ibid. s. 311-312)

Z tym stwierdzeniem tak Malinowski jak i ja nie do końca się zgadzamy, choć przyznać muszę, że sam przez jakiś czas byłem zwolennikiem teorii, że mit jest swojego rodzaju pra-nauką, czymś, co dla tych kultur zastępowało proces wyjaśniania oparty na empirycznym i eksperymentalnym falsyfikowaniu hipotez. Malinowski jest zdania, iż mitu nie można analizować bez jego pragmatycznego, kulturowego kontekstu i twierdzi, że:

(…) główna kulturowa funkcja mitologii polega na ustanowieniu precedensu, na dowiedzeniu prawdy magii, na powiązaniu sił moralności i prawa, na rzeczywistej wartości religijnego rytuału. (…) Pochodzący z autentycznej przeszłości mit jest precedensem zawierającym obietnicę lepszej przyszłości pod warunkiem, że obecne złe moce zostaną pokonane. Zwykle wskazuje on także, w jaki sposób można przezwyciężyć teraźniejszość za pomocą rytuału, religii i przekazywanych z przeszłości zasad moralnych.
(ibid. s. 144)

Mircea Eliade w Aspektach Mitu próbuje definiować mit i stwierdza, że jest on historią opisującą historię świętą, początek świata, wydarzenie, które miało miejsce w okresie wyjściowym, legendarnym czasie początków. Innymi słowy charakteryzuje on mit jako opowieść o sposobie, w jaki, za sprawą dokonań Istot Nadnaturalnych, zaistniała nasza rzeczywistość. Kładzie on też nacisk na postrzeganie narracji mitu jako tego, co wydarzyło się faktycznie. Pisze dalej:

Mit, relacjonując gesta Istot Nadnaturalnych oraz inne przejawy ich świętej potęgi, staje się modelem pouczającym o wszelkich znaczących czynnościach ludzkich.

(„Aspekty mitu”, Mirce Eliade, s.12)
Kluczowym dla mojej tezy jest zrozumienie tego, czym mit zdawał się być w przeszłości dla naszych przodków i czym nadal pozostaje dla tych wielu odizolowanych od naszego postmodernistycznego świata kultur. Nie był on tylko opowieścią o przodkach czy o Bogach. Był on podstawą wiary w to, że kontakt z tymi Bogami i przodkami nigdy nie ustał. Każdy rytuał często wzorowany na działaniach mitycznych postaci nie był li tylko odtworzeniem tych działań. Wiele z nich de facto sprowadzało czas mityczny w teraźniejszość, tym samym jeszcze bardziej wiążąc uczestniczących w nim ze sferą sacrum, której my tak lekkomyślnie wyzbyliśmy się w epoce nowoczesności. Użyłem takiego wartościującego określenia nie, dlatego że mam za złe poprzedniej epoce, iż odebrała mi złudzenia, lecz raczej, dlatego że chyba nikt wtedy nie spodziewał się, że na miejsce burzonych paradygmatów i upadających wielkich narracji trudno być może coś wstawić.

Mircea opisuje znaczenie aksjologiczne mitu twierdząc, że w archaicznych stadiach kultury wartości absolutne i paradygmaty wszelkiej ludzkiej działalności przekazywane są właśnie w mitycznych opowieściach,

(…) których rola polega przede wszystkim na rozbudzaniu i podtrzymywaniu świadomości istnienia innego świata, jakiegoś ponad, świata boskiego (…)
(ibid. s. 139)

Argumentuje on dalej, że właśnie w tym doświadczeniu sacrum, w spotkaniu z rzeczywistością bogów rodzi się przekonanie o realnym istnieniu wartości absolutnych prowadzących człowieka i nadających jego egzystencji znaczenie. Stąd teza, z którą i ja się zgadzam, iż te właśnie doświadczenia są przyczyną pojawienia się idei rzeczywistości, prawdy i sensu rozwijanych później przez filozofię.
I tak mity i opisane w nich rytuały przez ciągłe odtwarzanie kontaktu z tymi źródłami poczucia rzeczywistości, prawdy i sensu służyły nam przez długi czas.


UPADEK MITU

Demitologizacja mitu nie jest zjawiskiem nowym. Jak powiada Eliade:
Jeśli we wszystkich językach europejskich słowo „mit” oznacza „fikcję”, to tylko dlatego, że już dwadzieścia wieków temu zadecydowali o tym Grecy.

Ksenofanes otwarcie atakował grecką mitologię. Krytykując głównie antropomorfizm próbował oczyścić ją z poetyckich naleciałości. Eurypides oparł swoją koncepcję Boga właśnie na jego krytyce. W czasach Tukidydesa mityczność już równoznaczna była z wymysłem. Grecki panteon tracąc swoje dawne znaczenie został wyzuty z praktycznie całej boskości i jako taki znamy go obecnie. Przerodził się on jednak w „skarbnicę kultury”, z której pełnymi garściami czerpała rozwijająca się bujnie w renesansie i później cywilizacja europejska.
Chrześcijaństwo trafiło już na okres, kiedy słowo mitologiczny kojarzyło się jednoznacznie z baśnią czy fikcją. Po burzliwych walkach z innymi odłamami udało mu się ostatecznie wypracować choćby w miarę spójny obraz historyczności ewangelii i postaci Jezusa. Wystarczy jednak tylko spojrzeć na kalendarz świąt, żeby zobaczyć jak silnie u jego początków oddziaływała z ówczesnymi mitami. Średniowiecze przyniosło wzrost myślenia mitycznego z jego klasami rycerstwa, rzemieślników, duchowieństwa i chłopstwa – każdą posiadającą i tworzącą osobne mity pochodzenia. Wykonywane przez przedstawicieli tych grup obowiązki z czasem uległy pewnej rytualizacji, co wpisuje się snadnie w używaną przez nas definicję mitu.
Nie tak dawno jeszcze Fichte, Hegel i Schelling wieszczyli nadejście nowej epoki odnowy i końca historii. Obecnie wystarczy włączyć telewizor, czy posłuchać radia, żeby rozpoznać stale funkcjonujące mity.
Widzimy zatem, że chociaż mit przetrwał alegoryzację i euhemeryzm, przetrwał chrześcijańską faktograficzność, renesans i oświeceniowe idee to jednak nigdy już nie powrócił do swojej archaicznej formy rezerwuaru sensu, poczucia rzeczywistości i prawdy. 

Można twierdzić, że ludzkość od początku historii filozofii w odnoszeniu się do otaczającego ją świata oscylowała między skrajnym scjentyzmem w swoich różnych postaciach racjonalności a skrajnym mistycyzmem. Na przestrzeni wieków spotykamy licznych wielbicieli metafizyki oraz niemało empirystów. Co takiego zmieniło się w świecie, że mówię tutaj o śmierci mitu i w niej upatruję początek kryzysu znaczenia? Otóż wydaje mi się, że dawniej, kiedy nasza wiedza o świecie, o ludzkiej psychice, wiedza naukowa, empiryczna, sprawdzalna nijak się miała do naszej obecnej wiedzy, dużo łatwiej było być i empirystą i mistykiem jednocześnie. Uważam, że trwanie tak w metafizycznym jak i fizycznym oglądzie świata dawało się pogodzić i nie powodowało wewnętrznego rozdarcia jednostki. W wielkim i mało poznanym świecie bycie święcie wierzącym w magię i mity racjonalistą nie było irracjonalne, nie było nielogiczne ani niespójne. Przykładów z przeszłości możemy mnożyć do woli. Wiele ze wspaniałych odkryć nauki dokonały właśnie umysły religijne bądź mistyczne, pałające się magią czy alchemią. To, że współczesna myśl w dużej mierze uznałaby takie zachowania za zabobon niegodny wielkich umysłów jak choćby ten sir Isaaca Newtona, zdaje się być spuścizną XIX i XX wieku, kiedy to nauka i jej burzliwy rozwój w epoce wczesnego industrializmu zdecydowanie poprawiły poziom życia wielu ludzi. (Niemałą rolę odegrała tu też XVIII-wieczna kantowska krytyka poznania). Wraz ze wzrostem poziomu życia i rosnącą migracją ku miastom człowiek mógł poczuć się dużo mniej zależny od kaprysów natury. Siedząc w swoim chronionym piorunochronami domu, korzystając z kanalizacji i przystępnej opieki medycznej, czytając w gazetach o kolejnych sukcesach lokomotyw, kinie i pierwszych lotach mógł poczuć się dużo pewniej. Nauka z w wieku pary i elektryczności z Darwinem, Pasteurem, Roentgenem, Becquerelem, panach Dieselu, Fordzie i braciach Wright (by wymienić tylko niektórych) naprawdę musiała robić kolosalne wrażenie na nowo przybyłych i nie dziwota, że tak wielu uznało ją właśnie za nową zbawczynię ludzkości. Wielu uważało, że postęp nauki nie zostanie powstrzymany dopóty, dopóki ta nie doprowadzi ludzkości do doskonałej pełni wiedzy, zdrowia, a co za tym idzie, doskonałego szczęścia. Niestety. Ostatecznie jednak i ona uległa demitologizacji.
Pierwszy przełom dokonał się w obrębie samego paradygmatu naukowego. Wraz z odkryciami Einsteina z jego teorią względności a później z Planckiem, Bohrem i Heisenbergiem z ich fizyką kwantową, pojawiło się przekonanie, że jeśli wszechświat w ogóle opisać można prawdziwie zrozumiałym dla nas językiem, to na pewno perspektywa odczytania jego tajemnic nie jest perspektywą bliską. Horyzont na którym majaczył Złoty Wiek ludzkości odsunął się znacząco a wielu zaczęło nawet wątpić w możliwość jego osiągnięcia.
Einstein miał powiedzieć:

Wszystkie moje próby dostosowania teoretycznych podstaw fizyki do tej dziedziny wiedzy całkowicie zawiodły. To tak jakby grunt usunął się człowiekowi spod nóg i nigdzie nie było widać żadnej trwałej podstawy, na której można by budować.

Newtonowski czas stał się względny, odkryto, że przestrzeń może się zginać, materia z energią były wymienne, trójwymiarowa przestrzeń przekształciła się w czterowymiarowe kontinuum, prawa geometrii euklidesowej przestały być uniwersalne. Podobnie zmieniło się pojęcie substancji, upadł twardy determinizm. Doskonale wpisywało się to w credo modernizmu nawołujące do kruszenia dawnych, błędnych lub ciasnych horyzontów myślowych i chociaż byli tacy, którzy w tym okresie wielu przemian upatrywali okazję ku restytucji wagi roli podmiotu ludzkiego w świecie, nie było ich wielu. Stary paradygmat nauki z jego wiarą w możność ujęcia świata w jeden spójny, deterministyczny system zdawał się zapadać w sobie. Paradoksy, sprzeczności i rozbieżności w różnych opisach naszego kosmosu zaczęły kwitnąć jak grzyby po deszczu. Laureat Nagrody Nobla P. W. Bridgeman powiedział:

W końcu może się okazać, że struktura przyrody, jest taka, iż nasze procesy myślowe nie odpowiadają jej na tyle, byśmy w ogóle mogli o niej myśleć…Świat zaciera się i nas zwodzi…Napotykamy coś naprawdę niewyrażalnego. Dotarliśmy do granic wizji wielkich pionierów nauki, mianowicie wizji, że oto żyjemy w przyjaznym świecie zrozumiałym dla naszych umysłów.

Światem nauki wstrząsnęły kolejne dreszcze, kiedy Henri Poincare w roku 1902 opublikował pracę La Science et l’hypothese, w której podważył podstawowy element metody naukowej – związek między dowodem a hipotezą. Dał też podwaliny pod teorię chaosu. W roku 1931 młody Godel rozsadził Whiteheadowsko-Russelowskie Principia Mathematica. Podobnie, wiele zamętu w szeregach naukowców wprowadził Thomas Kuhn opisujący kolejne teorie naukowe jako „przesunięcia paradygmatu”, czyli ni mniej ni więcej, jak zmiany sposobu postrzegania świata. Swoje trzy grosze dorzucili również strukturaliści, poststrukturaliści, dekonstruktywizm i wiele innych nurtów myśli. Wszystko to musiało robić wrażenie na naukowych umysłach.

Drugi przełom w upadku mitu nauki przyszedł z zewnątrz. O ile w sferze teoretycznej prawdy naukowe straciły trochę ze swej dawnej świetności, o tyle nadal niekwestionowanym pozostał zysk, jaki z jej odkryć czerpano. Jednak w wieku XX coraz głośniej poczęto ten naukowo-techniczny rozwój cywilizacji krytykować. Technicyzacja życia ludzkiego doprowadziła do jego dehumanizacji – mówiąc w skrócie. Życie w wielkich metropoliach, zalew informacji i bodźców, którymi codziennie bombardowany był statystyczny mieszczanin, szybkość przemian – to wszystko prowadziło do poczucia wyobcowania, bojaźni i drżenia. Wydaje się również, że mnogość różnego rodzaju kultur sprzęgniętych wzajem w jeden miejski twór, mogła prowadzić człowieka w najgorszym przypadku do zwątpienia rozsadzającego jego pierwotne systemy wierzeń i wartości lub do zastanowienia w najlepszym. Nie dało się nie zauważyć negatywnych społecznych efektów epoki industrialnej i rosnącego w siłę krwiożerczego kapitalizmu. Nie sposób też było pozostać ślepym na szkody, jakie rozwój cywilizacyjny wyrządzał przyrodzie. Okres wielkich wojen, wynalezienie bomby atomowej – broni zdolnej zniszczyć nie poszczególne jednostki a całe miasta, zimna wojna – to wszystko, myślę, że spokojnie można to przyznać, na pewno nie wpływało pozytywnie na ludzkiego ducha.
Oczywiście nie każdy człowiek interesował się takimi sprawami, ale efekty tych wszystkich zdarzeń przebijały się do wyobraźni masowej przez sztukę i inne formy ludzkiej aktywności i tak człowiek gubił się coraz bardziej.

W RAMACH PODSUMOWANIA

Uciekając się do baumanowskiej metafory, pozbawiony dogmatycznego fundamentu człowiek ponowoczesny płynie wśród różnych sposobów patrzenia na świat. Czy można jednak powiedzieć, że dryfuje? Otóż, wracając do diagnozy z początku referatu, widać, że część z nas na pewno tak odczuwa swoje obecne położenie. Jak można z tym walczyć i czy w ogóle można? Odnoszę wrażenie, że raz utraconej cnoty odzyskać nie można. Dla tych z nas, którzy posiedli wiedzę o wszystkich wspomnianych tu odkryciach, tych, którzy refleksji nad światem oddają dużą część swojej uwagi, odzyskanie pierwotnej wiary, odzyskanie tej dogmatycznej podstawy, dającej tak zacne i pożądane obecne poczucie sensu, może być bardzo trudne. Prawdopodobnie zawsze istnieć będą jednostki, które niezależnie od tego co podpowie nam nauka, i tak tkwić będą w swoich przekonaniach (za przykład niech posłużą choćby niektórzy z co bardziej twardogłowych kreacjonistów), jednak zdaje się, że presja powszechnej edukacji (opartej jeszcze na empiryzmie a nie mistycznych metodach dojścia do prawdy) wpłynie na poszerzenie się kręgu „wtajemniczonych” a tym samym, być może, na rozplenienie się choroby zwanej kryzysem znaczenia. Być może, jest to tylko faza przejściowa, kolejne przejście do kolejnego paradygmatu patrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Niemiecki filozof i historyk sztuki, jeden z czołowych teoretyków postmodernizmu, Wolfgang Welsch, proponuje redefinicję rozumności. Gdyby możliwym było osiągnięcie takiego stabilnego pluralizmu w racjonalności, być może kryzys znaczenia nie byłby nam straszny. Chociaż zgubiliśmy nasze dawne bezpieczne mniemania i chociaż może nie uda nam się wrócić do dawnej naiwności a odnalezienie nowej pewności nie zdaje się łatwe, istnieje szansa na to, by w tym nowym, płynnym świecie mnogości poczuć się lepiej.
Welsch zauważa, że:

ponowoczesna rzeczywistość wymaga bowiem zawsze umiejętności przechodzenia pomiędzy różnymi systemami sensu i konstelacjami racjonalności

Dalej twierdzi, że jest to nieomal cnota naszej epoki, którą, każdy żyjący w naszych czasach, dla własnego dobra powinien w sobie kształtować. Wykorzystując użyte przez Lyotarda określenie „sveltezza” (chyżość, zręczność) odniesione przezeń do tej procesualnej formy posmodernistycznego życia, charakteryzuje on transwersalność jako inteligentną, niedogmatyczną, lekkonogą, ale nie lekkomyślną, precyzyjną, a nie tylko dokładną metodę przechodzenia z jednego systemu reguł do innego.
Welsch zauważa, że obecnie:

Przejściowość stała się ideałem, świadomość granic wymogiem minimalnym, a wszelka absolutyzacja przeciwwskazaniem.

Ostatecznie postuluje on, że to postawienie na procesualność, rozum w procesie jest raczej aktem akceptacji niż czymkolwiek innym, ale wychodząc poza czcze przyjmowanie i tolerowanie rozmaitości, można docenić jej wartość i wspierać ją.
Sam przyznaje w swoim artykule Racjonalność i Rozum dzisiaj, że od takiego stanu można uciec w  pewność i wiarygodność, ale traktuje to właśnie jako formę powrotu do pierwotnych fantazmatów, do których, moim zdaniem, niektórzy, nawet gdyby chcieli, wrócić nie mogą. Teorię tę przedstawiam tylko w zarysie, gdyż jest odrobinę bardziej złożona.

Odpowiedź na pytanie, które sam sobie stawiam; pytanie czy rzeczywiście nie można powrócić do jasnego, zrozumiałego świata symboli i mitów nie myśląc już o roli podmiotu w konstytuowaniu wiedzy o nim, nie rozważając tajników ludzkiej świadomości, procesów poznawczych i struktury samego świata jest sprawą skomplikowaną i wymaga dalszych badań. Jest nader jasne, że tak wokół nas jak i w nas samych dostrzec można jeszcze ślady złotego wieku znienawidzonych przez filozofię mniemań. Każdy z nas, chcąc, nie chcąc żywi jakieś przekonania, które gdyby poddać empirycznej weryfikacji szybko upadłyby i stałoby się to na pewno nie bez uszczerbku dla naszego poczucia szczęśliwości. Mity, wiara i mniemanie towarzyszą, towarzyszyły i wszystko wskazuje na to, że będą towarzyszyły człowiekowi, bo, zdaje się, człowiek po prostu musi w coś wierzyć i musi posiadać coś, co nadaje sens jego egzystencji. Choćby i wiarę w to, że warto w coś wierzyć, która to wiarę i ja podzielam.

Ach jak patetycznie i z jakim zadęciem o tym pisałem! I w ogóle wcale mi nie przeszło!
Teraz jednak widzę to następująco:
Każdy ma tam w głowie jakąś opowieść o sobie i świecie. Różnice osobnicze w treściach tych opowieści szczególnie wyraźnie uwypuklają się w przypadku wymiany zdań na tematy dotyczące systemów wartości, mniej zaś widoczne są w przypadku opinii dotyczących prostych zjawisk fizycznych zachodzących w świecie. Kiedy ktoś w strugach deszczu stojąc mówi, że nie pada, można go zdzielić w papę i wyzwać od głupców. Jeśli ktoś w blasku chwały bożej jest skąpany a tego nie dostrzega, w papę zdzielić nie wypada, chociaż chęć może być silna. 
Dla osoby wierzącej (niekoniecznie w boga przecież) oba przypadki nie różnią się chyba za bardzo. Stary problem dychotomii fakt/wartość jest dużo poważniejszy, niż by można sądzić.
Przecież niezależnie od tego, czy ktoś uporczywie nam wmawia, że ma w kieszeni ludożerną żyrafę, co zweryfikować dość łatwo, czy twierdzi, że aborcja nie jest morderstwem, co zweryfikować wbrew pozorom trudniej, krew gotuje się równie silnie. W obu przypadkach łatwo dać w gębę i obsypać inwektywami, jednak, gdyby tak choć na chwilę wsłuchać się w słowa tych, co nas mają za idiotów, wczuć się  i spojrzeć na siebie z zewnątrz, to wyszłoby, że i nasze kieszenie pełne są fantastycznych stworzeń, lub że świninę jeść można ze smakiem. Jeśli na sercu leży nam dobro ludzi wokół bójcie się wiary a odważni niech chociaż podchodzą do niej krytycznie.